|
Zarząd spółdzielni lubi, gdy jedni lokatorzy donoszą na innych 05.07.2006 r.
W dzisiejszym "Dzienniku Zachodnim" ukazał się artykuł, który jest efektem wystąpienia władz spółdzielni do "DZ" z żądaniem ujawnienia nazwisk lokatorów- autorów skargi na włdze spółdzielni. Oto jego treść ...
Joanna Koch-Kubas, prezes Spółdzielni Mieszkaniowej Miechowice w Bytomiu, i jej zastępcy Stanisław Hołdys oraz Henryk Kaczmaryk domagają się od DZ "niezwłocznego przekazania statutowym organom" nazwisk lokatorów,
którzy napisali do redakcji skargę na pracę spółdzielni. Po co prezesom ta lista? Bo chcą pozwać zbuntowanych do sądu za pomówienie.
- To zarząd jest dla nas, a nie my dla niego! Jesteśmy zastraszani. List zarządu do DZ jest ciągle emitowany w naszej telewizji kablowej, dodatkowo ukazuje się tam tablica z treścią artykułów z Kodeksu karnego - mówi Krzysztof Kruczek, jeden ze zbuntowanych.
Lokatorom nie podoba się sposób rozliczania ich za zużytą wodę i nowe umowy, które zarząd przesłał im do podpisu. Część zawiązała Społeczny Komitet dla Obrony Członków SM Miechowice. Henryk Rachel poinformował o tym zarząd spółdzielni pisemnie i zostawił
adres do korespondencji, inni członkowie komitetu także występują w tym piśmie z imienia i nazwiska. Dlaczego więc prezesi domagają się nazwisk opornych lokatorów od redakcji, skoro już je znają?
- Pod listem, który ukazał się w DZ, jest inna nazwa komitetu. Chcemy poznać nazwiska tych ludzi, bo to rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji. Nie da tych nazwisk? To chyba musimy to prokuraturze zlecić - zapowiada prezes Joanna Koch-Kubas. Cieszy się,
że nowe umowy na pobór wody już przyniosły skutek: - Zaczęły się donosy. Przychodzą ludzie i mówią, że sąsiad na lewo ciągnie wodę. O to nam chodziło.
Zarząd "dyscyplinował" już lokatorów, którzy nie płacili czynszu, wywieszając ulotki z numerami lokali i wysokością zadłużenia. Jednak Krzysztof Kruczek nigdy nie zalegał z czynszem. - Od wiceprezesa Kaczmaryka usłyszałem, że ma w dupie ochronę moich danych osobowych - skarży się Kruczek.
Kurtuazją wobec nieprawomyślnych lokatorów nie grzeszy też sama prezes Koch-Kubas, która w oficjalnym piśmie nazwała Katarzynę Krzemińską-Kruczek, także zrzeszoną w komitecie, "Członkiem Spółdzielni płci żeńskiej".
Co takiego strasznego napisali lokatorzy SM Miechowice w Bytomiu w liście do DZ, że zarząd spółdzielni chce ich ciągać po sądach, i to na drodze karnej? Czy czasem nie chodzi tylko o zamknięcie ust osobom, które odważyły się sprzeciwić władzy prezesów spółdzielni?
Komitet protestacyjny na łamach DZ zarzucił zarządowi SM podejmowanie decyzji niekorzystnych dla członków i spółdzielni, aroganckie zachowanie, szykanowanie członków, niegospodarność, pozywanie do sądu bez wystarczającego umotywowania prawnego.
My jesteśmy niegospodarni? Proszę zobaczyć - mówi wiceprezes Henryk Kaczmaryk i podsuwa nam pod nos tabelkę z wynikami finansowymi spółdzielni za ostatnie lata. Pokazuje idące to w dół, to w górę wykresy. - Wyprowadziliśmy spółdzielnię na prostą.
Przez ostatnie 10 lat były 33 zarządy. W dokumentach było niewesoło. Poradziliśmy sobie i to w warunkach ciągle zmieniającego się prawa. Zeszliśmy z długów. Jaka to niegospodarność?
Ale zapomina dodać, że sam w tym czasie w zarządzie spółdzielni był kilkakrotnie i tyle samo razy tę funkcję tracił.
Jego szefowa, prezes Joanna Koch-Kubas, wcześniej była członkiem rady nadzorczej SM. Ją oburza zarzut arogancji, no i dotyczący wody - a konkretnie rozliczeń za jej nielegalny pobór i nowych umów. Te ostatnie mają jej zdaniem być dobrym rozwiązaniem.
Dlaczego? Bo zmobilizują do płacenia, uświadomią konsekwencje grożące za kradzież i doprowadzą do tego, że sąsiad będzie sąsiada pilnować. To ostatnie już się zresztą dzieje. Zaczęły się donosy. - O to nam chodziło - mówi prezes Joanna Koch-Kubas.
Lokatorzy jednak proponowanych przez zarząd umów nie chcą. - Chcielibyśmy za wodę rozliczać się tak jak za gaz, czy prąd. Czyli bezpośrednio z przedsiębiorstwem. Jest taka możliwość i chcemy z niej skorzystać - mówi Henryk Rachel. I zastanawia się dlaczego zarząd SM nie chce się na takie rozwiązanie zgodzić. Przecież miałby kłopot z głowy.
- Rozliczanie bezpośrednio z przedsiębiorstwem wcale nie jest takie korzystne. Lepiej robić to za naszym pośrednictwem - wyjaśnia prezes Koch-Kubas. Twierdzi, że lokatorzy nie pozwalają jej i kolegom z zarządu przedstawić argumentów. Rozgoryczona dodaje: - Zbierają podpisy. Wmawiają ludziom, że chodzi o umowy na wodę, a my dowiedzieliśmy się,
że tak naprawdę chcą nas odwołać. Dlatego nie pozwolimy się dłużej pomawiać.
Lokatorzy twierdzą, że zarząd po prostu ich nie słucha. I zarzucają mu arogancję - tę na którą oburza się pani prezes. Kto ma rację?
- My - mówi Katarzyna Krzemińska-Kruczek i pokazuje pismo, jakie dostała od pani prezes. Czytamy w nim: "Ustosunkowując się do całokształtu: postulatów, dezyderatów, wniosków, wskazań, uchybień itp., itd., Członka Spółdzielni płci żeńskiej, oczekiwaliśmy, iż Zacna Pani wyrazi swoją opinię na zebraniu grupy członkowskiej (...) Ponieważ nie skorzystała
Pani z tej możliwości statutowej, poprzednią jak również niniejszą korespondencję uważamy za zakończoną".
Lokatorzy z komitetu czują się zastraszani. Jako przykład podają m.in. pismo do DZ, w którym zarząd SM domaga się wydania listy ich nazwisk.
Lista niepokornych i dodatkowo artykuły z kodeksu karnego, są ogłaszane na zlecenie zarządu w spółdzielczej kablówce. Tej samej, do wykupienia której zarząd namawiał niedawno wszystkich właścicieli anten satelitarnych. Gdy namowy nie pomogły prezesi sięgnęli po inne środki. Część z budynków została ocieplona. Na czas prac poproszono lokatorów o zdjęcie anten.
Po ich skończeniu zakazano montażu na elewacji. Anteny zostały więc umocowane do balkonów. To też nie spodobało się zarządowi. - Chodziło o sposób montażu. Gdyby to spadło komuś na głowę, to zarząd ponosiłby odpowiedzialność. Łącznie z karną. Musieliśmy zareagować. Lokatorów, którzy się nie dostosowali, podaliśmy do sądu - mówi prezes Koch-Kubas.
Ale zarząd spółdzielni w sądzie przegrał.
To zwykłe szykany - mówi Adam Fiszer, lokator. Opowiada też, jak z innymi członkami komitetu poprosił o udostępnienie sali na spotkanie: - To było po burzliwym zgromadzeniu z zarządem. Chcieliśmy po prostu usiąść i zastanowić się, co dalej robić. Prezes się zgodził. Ale jak przyszliśmy okazało się, że zamiast małej salki udostępniono nam dużą, audiowizualną.
Za stołem siedział już komplet prezesów. Stały kamery, które miały nas nagrywać. Po chwili po prostu wyszliśmy. Nie pozwolimy się tak traktować.
Czy zbuntowani lokatorzy nie boją starcia ze spółdzielnią?
- Wiedzieliśmy w co wchodzimy. Nie damy się zastraszyć - podsumowuje Henryk Rachel.
Aldona Minorczyk-Cichy - Dziennik Zachodni
Źródło: Dziennik Zachodni
|